| Wprost
Online > Tygodnik > Wydanie
nr 1090 > Artykuły |
 |
 |
 |
Tygodnik
"Wprost", Nr 1090 (19 października
2003)
|
Niemcy
nie wypełniają zobowiązań przyjętych
wobec polskiej mniejszości
Aż pięć na osiem praw mniejszości
narodowych, zapisanych w traktacie zawartym między
Polską a Republiką Federalną Niemiec,
nie jest przestrzeganych przez naszych zachodnich sąsiadów.
Jedno jest przestrzegane tylko częściowo.
Polska wywiązuje się tymczasem ze
wszystkich traktatowych zobowiązań.
Znacznie większe prawa niż nasi rodacy mają
w Niemczech Duńczycy, Fryzowie czy Cyganie,
mimo że to Polacy są tam drugą po
Turkach mniejszością. Republika weimarska
uznawała niemiecką Polonię za
mniejszość narodową, Republika
Federalna Niemiec - jedynie za grupę etniczną.
Puste
zobowiązania
W 1991 r. Polska podpisała z Niemcami
"Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej
współpracy", w którym dwa artykuły
poświęcono mniejszościom w obu
krajach. Na podstawie tej umowy Niemcy w Polsce mają
zapewnione stałe dotacje na oświatę,
kulturę i media. W 2000 r. z polskiego budżetu
na wsparcie mniejszości niemieckiej
przeznaczono ponad 11 mln zł. Dzięki
polskiemu podatnikowi mniejszość niemiecka
w Polsce ma swoją prasę: "Schlesische
Wochenblatt", "Hoffnung",
"Masurische Storchenpost",
"Oberschlesiches Mitteilungsblatt",
"Biuletyn Informacyjno-Kulturalny" czy
"Zeszyty Edukacji Kulturalnej". Mimo
wielokrotnych obietnic rządu federalnego
(podczas spotkań szefów rządów, szefów
MSZ oraz w oficjalnych listach) niemiecki podatnik
nie finansuje żadnej polonijnej gazety. Niemcy
w Polsce mają własne wydawnictwa, szkoły,
programy telewizyjne i radiowe ("Oberschlesien
Journal" i "Schlesische
Wochenschau"). Języka niemieckiego jako
ojczystego uczy się na koszt polskiego
podatnika ponad 26 tys. dzieci z niemieckich rodzin.
Języka polskiego jako ojczystego na koszt
niemieckiego podatnika uczy się tylko 8 tys.
dzieci, mimo że chętnych jest pięć
razy więcej. Niemcy nie dotrzymali też
obietnicy (złożonej przez kanclerza
Helmuta Kohla), że władze landów będą
płacić za włączenie sygnału
TV Polonia do sieci kablowych w regionach, gdzie są
największe skupiska Polaków (Nadrenia Północna-Westfalia,
Hesja, Dolna Saksonia, Badenia-Wirtembergia i
Bawaria).
Jak zauważa prof. Jan Mazur, dyrektor Centrum Języka
i Kultury Polskiej dla Polonii i Cudzoziemców
Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w
Lublinie, współautor dwutomowej książki
"Polonia w Niemczech", sytuacja Polaków w
Niemczech jest znacznie trudniejsza niż w
innych krajach. Romowie, których jest tam niemal
dwustukrotnie mniej niż Polaków, mają
gazety finansowane z budżetu, własne szkoły,
a na dodatek rząd RFN przekazał im na własność
użytkowane budynki.
Mniejszość niemiecka w Polsce ma własną
reprezentację parlamentarną, Polonia w
Niemczech - nie (nie przewiduje tego prawo
wyborcze). Wicewojewodą opolskim, a więc
przedstawicielem rządu, został Franciszek
Stankala z Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego
Niemców. W Niemczech nie odnotowano takiego
wypadku. Przywilej posiadania politycznej
reprezentacji w parlamencie dano mniejszościom
(nie tylko niemieckiej) w 1993 r. Liczyliśmy
nie tylko na wzajemność ze strony Niemiec.
Nic takiego się nie stało. Przedstawiciele
mniejszości w Polsce zdobywają mandaty do
Sejmu bez potrzeby przekraczania pięcioprocentowego
progu wyborczego, który obowiązuje partie
(wystarczy zebrać mniej więcej 20 tys. głosów
w okręgu wyborczym, by zdobyć mandat).
Uprzywilejowanie mniejszości w ordynacji
wyborczej jest co najmniej dziwne, bo parlament to
ciało polityczne, które przyjmuje ustawy dla
całego kraju i wszystkich obywateli, niezależnie
od narodowości.
Dziedzictwo Hitlera
Jest ironią historii, że prawodawstwo międzywojennej
republiki weimarskiej było dla Polaków
korzystniejsze niż obecne. Polacy mogli używać
swojego ojczystego języka w sądach
(wystarczyło, że na terenie ich działania
stanowili znaczącą grupę), do 1928 r.
mieli też dwóch posłów w sejmie pruskim.
Taką samą ironią jest fakt, że władze
II RP potrafiły wymóc na Niemcach
respektowanie praw Polaków, podczas gdy władzom
III RP nigdy się to nie udało. Prawa te
zostały odebrane niemieckim Polakom po wybuchu
II wojny światowej. Zabierano im wtedy firmy,
banki, sklepy, szkoły, a najaktywniejszych działaczy
wysłano do obozów koncentracyjnych lub
mordowano. Nigdy zajętego mienia Polakom nie
zwrócono. W 1940 r. decyzją Adolfa Hitlera
polska mniejszość została przymusowo
naturalizowana. Zakrawa na kpinę, że
dekret Hitlera niemal w nie zmienionej formie obowiązuje
do dzisiaj.
Po wojnie, pod ochronnym parasolem aliantów, powstały
w Niemczech polskie organizacje, które wydawały
własne gazety i prowadziły szkoły.
Jednak już w 1952 r. w dokumentach rządowych
można przeczytać: "Niemiecka polityka
wobec imigrantów winna być w stosunku do tych
grup tak określona, ażeby silne dotychczas
wpływy grup polskich były coraz bardziej
ograniczane". W następnych latach niemiecką
Polonię zaczęły inwigilować służby
specjalne - pod pozorem przeciwdziałania
penetracji tych środowisk przez bierutowską,
a potem gomułkowską służbę
bezpieczeństwa. Jeszcze w 1988 r. Niemcy
utrudniali przybyszom z Polski wstępowanie do
polskich organizacji w RFN. Tylko całkowite
zerwanie z polskością gwarantowało
otrzymanie prawa stałego pobytu.
(Za) wysokie wymagania
Przez ostatnie trzynaście lat Niemcy nie wypełniły
70 proc. zobowiązań wynikających z
traktatu z Polską. W 1993 r. władze
federalne naciskały na stworzenie jednej
organizacji polonijnej, z którą chciały
współpracować i tylko przez nią
przekazywać subwencje. Postulat stworzenia
jednej reprezentacji wydaje się racjonalny, ale
nierealistyczny. Wprawdzie pomógłby Polakom się
zjednoczyć i skuteczniej walczyć o własne
prawa, lecz bardzo trudno jest uzyskać
konsensus między 170 organizacjami. Taki
problem mają nie tylko Polacy w Niemczech, ale
też na przykład Żydzi, Włosi czy
Irlandczycy w Stanach Zjednoczonych. W samych
Niemczech takich wymogów nie stawiano zresztą
ani mniejszości tureckiej, ani chorwackiej czy
serbskiej. Wielość niemieckich organizacji
w Polsce nie przeszkadza też władzom w
Warszawie - wszystkie (a jest ich 94, od
kulturalnych po branżowe) są
dofinansowywane z polskiego budżetu.
Statut dla jednej organizacji polonijnej w Niemczech
napisali urzędnicy Federalnego Ministerstwa
Spraw Wewnętrznych. W ten sposób powstała
Polska Rada w Niemczech (skupiła tylko kilka
związków polonijnych). Jej demokratycznie
wybranego zarządu niemieckie władze jednak
nie zaakceptowały i zawiesiły współpracę
z radą.
Niemcy tłumaczą, że powodem kłopotów
mniejszości polskiej w RFN jest tamtejsze
prawo. Za mniejszości uznaje ono tylko trzy
grupy narodowościowe: Fryzów, Duńczyków
i Serbołużyczan (mieszkających w
rejonie Budziszyna i Chociebuża). Polaków nie
zaliczono do mniejszości ze względu na
sposób, w jaki znaleźli się w Niemczech,
czyli jako "niemieccy przesiedleńcy".
To kryterium nie tylko nie pasuje do dzisiejszych
czasów, ale jest też zafałszowane, bo część
Polonii żyje w Niemczech od wieków.
Siła Polonii - strach Niemców
Aleksander Zając, działacz polonijny z
Berlina, przytacza niedawną rozmowę z
jednym z urzędników niemieckiego Ministerstwa
Spraw Zagranicznych: - W przypływie szczerości
Niemiec powiedział mi, że oni po prostu
boją się repolonizacji Ślązaków,
Górnoślązaków i Kaszubów, którzy mają
wprawdzie niemieckie papiery, ale w duszy czują
się Polakami. Potwierdzają to badania
cytowanego prof. Jana Mazura - tzw. późni
wysiedleńcy (z lat 70. i 80.) bali się mówić
po polsku wśród swych nowych, niemieckich sąsiadów.
Jednak ich dzieci, urodzone już w Niemczech i
mające pełne prawa jako obywatele RFN, chcą
się uczyć polskiego. - Publiczna debata na
temat polskości wielu Niemców nie pasowałaby
do fikcji rzekomo jednolitego etnicznie społeczeństwa
niemieckiego, którą to fikcję umacnia
niemieckie prawodawstwo - ocenia Hans Peter Meister.
Meister jest Niemcem, który walczy z dyskryminacją
Polonii w RFN.
Niemcy boją się, żeby Polonia nie stała
się w ich kraju taką samą siłą
polityczną jak polska mniejszość w
Stanach Zjednoczonych. Boją się polskiego
lobby, które zechce wpływać na politykę
kraju osiedlenia. - Nie są to bezpodstawne
obawy, zważywszy, że leżące przy
granicy z Francją Zagłębie Ruhry
przed I wojną światową tak się
spolonizowało, że wprowadzono tam zakaz mówienia
w pracy po polsku. Są też ekonomiczne
powody dyskryminacji polskiej mniejszości.
Gdyby władze oddały nam zabrane przez
nazistów nieruchomości, parcele, banki (na
przykład w Bochum), stalibyśmy się
silni - przynajmniej tak jak Partia Zielonych - i
weszlibyśmy do Bundestagu. Niemcy wiedzą o
tym, dlatego robią wszystko, abyśmy
pozostali politycznym karłem - mówi Edward
Kieyne, wiceprzewodniczący Polskiej Rady w
Niemczech, bliski współpracownik byłego
ministra spraw zagranicznych Hansa Dietricha
Genschera.
O ile stosunek niemieckich władz do polskiej
mniejszości nie dziwi, o tyle postępowanie
władz polskich wobec niej dziwić musi.
Tylko w 1999 r. przedstawiciele niemieckiej Polonii
trzy razy prosili o wsparcie w potyczkach z
niemieckim rządem o należne dotacje. Bez
skutku. Tymczasem z analiz prof. Jana Barcza ze Szkoły
Głównej Handlowej, eksperta prawa międzynarodowego,
wynika, iż polsko-niemiecki traktat z 1991 r.
umożliwia polskiemu rządowi upominanie się
o prawa naszej mniejszości w Niemczech. Trzeba
tylko chcieć to robić.
Sławomir Sieradzki
|
|
|
|