Tu jestes: Home Artykuły Sydonia
POLECAMY !
Nadchodzące wydarzenia
 

Poprawne wyświetlanie tej strony gwarantuje:

 



 oraz wiele innych "mniej popularnych" przeglądarek.
Sydonia

 Znajomość dawnych opowieści, podań i legend nosimy ukrytą w bagażu wiedzy o naszej kulturze. Nadchodzi dzień, gdy sięgamy doń, by w baśniowości i magii odkryć uniwersalne myśli, tajemnicę symboli i mądrość przesłania. Dowodem niech będzie ta oto historia.

Jej początki mają miejsce w Stargardzie Szczecińskim, skąd Iwona Krok pochodzi.
- Niezwykłe miasto – mówi. Znam wszystkie jego kąty, mury, parki, zaułki, skwery, podwórka i bramy. Nieobce są mi i jego dzieje. Tu się wychowałam i wyrosłam. Biedę tutejszą też poznałam przed laty i nawet jej zapomnieć nie mogę, tak dała mi się we znaki, tak przybiła. Przez tę nędzę to mi się nawet uczyć nie chciało. Do szkoły chodziłam niekiedy z przymusu jedynie. Często byłam zmęczona albo głodna i chęci do nauki brakowało... Co tam mówić? Dziś na to wszystko inaczej patrzę, dziś to inaczej oceniam.
Zamyśla się, kiwa przecząco głową, jakby nie miała ochoty na zwierzenia. Po chwili przełamuje się:
- Bieda poniża, upokarza, ale czasami  wynosi. Proszę wierzyć, że tak jest. Mnie wyniosła, ale najpierw tupetu nabrałam i szorstkości. Kiedy w ostatniej klasie szkoły średniej moja nauczycielka od polskiego przygotowywała na zakończenie roku przedstawienie „Sydonia, czyli piękność niezłomna”, to zwróciła się do mnie z taką nieszczerą wyrozumiałością:
- Dla ciebie Iwonko mamy rolę żebraczki. Nie będziesz musiała nic mówić. A jak na premierę nie przyjdziesz, też nie stanie się nic złego. Bez  kłopotów będzie. W łachmany miałam się przebrać, a Laurunia Pokorniak włożyła kosztowny strój wypożyczony z teatru i była Sydonią von Bork. Chłopcy zaraz krzyczeć zaczęli, że Laura za chuda, przemądrzała, że miny głupie robi, mało co wie, a chodzi jak indyczka i udaje kogoś kim nie jest.
- Laura jest celującą uczennicą, a ta kreacja dla niej - nagrodą za pilność – zadecydowała nasza wychowawczyni, bo wcale nie była sprawiedliwa i bogatym Pokorniakom zawsze  chciała się  przypodobać.
- Laura na żebraczkę, a Iwona na Sydonię! – wrzeszczała klasa, aż sam dyrektor wtargnął na salę. Choć mnie lubił, to stanął po stronie polonistki. Jakże mógł inaczej? Wiadomo. Musiał być konsekwentny i srogi.
- Posłuchajcie! Krokówna ma marne oceny, największą ilość opuszczonych godzin i sami wiecie jak to nieraz bywało, ile problemów,  przykrości, ostrzeżeń, rozmów... Taka uczennica nie może wcielić się w postać, która zasłynęła wiedzą, inteligencją i wytrwałością.
- Tylko Iwona! – wołali moi koledzy. Ona ma długie jasne włosy i oczy błękitne, a jak się umaluje to nikt jej nie rozpozna! Ona ma wdzięk, a Pokorniak jest opryskliwa, nadęta, zarozumiała...
- Nie, w żadnym wypadku Iwona nie nadaje się, by zagrać Sydonię von Bork – perswadował dyrektor. Przecież to osoba niezwykła, legendarna na Pomorzu, słynna ze swej dumy rodowej, stanowczości, ambicji... Ją musi pokazać uczennica wzorowa, taka, co tekstu się nauczy i jasno przedstawi prawdy, z którymi pójdziecie przez życie – tak mówił, a we mnie wściekłość wzbierała i czekałam, co się wydarzy. Przecież znałam tę legendę, kochałam moje miasto, tak bardzo chciałam kimś być, zaistnieć w nim...
- Iwony nie obsadzę. To niemożliwe – upierała się nasza profesorka. Tekst jest długi, trudny, wymaga zrozumienia i wiedzy... Ona temu nie podoła.
- Co? - wyskoczyłam pod samą scenę. Ja temu nie podołam? Ja? Komu się nie podobam? Dlaczego mam być żebraczką? Co złego zrobiłam, żeby mnie w szmaty przebierać i w kącie ustawiać? Z czego mam się znów tłumaczyć?
- No to będziesz mniszką – próbowała mnie uspokoić wychowawczyni, a wszyscy wokół nalegali: Sydonią niech będzie! Nawet przyjaciółki Laury odeszły od niej i zaczęły się na boku naradzać, bo wiedziały, że gdy się postaram, to nauczę się tego co trzeba. Były za tym, by dać mi szansę. Całą noc wkuwałam tekst, calutką noc go powtarzałam i do lustra gadałam, i wyprostowana recytowałam najlepiej jak potrafiłam. Kiedy następnego dnia stanęłam na podium, to bez odrobiny tremy przemówiłam, ot tak:
- Ojcze, nie zawiedziesz się na mnie! Choć Gryfici potężni i silni nie ustępujemy im ani honorem, ani też zasługami. Na dworze ich godnie się zachowam, by o próżność, ani też niefrasobliwość mnie nie posądzali. Pamiętać będę, że cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi. Dworna i układna pozostanę, lecz nie potulna, ani pokorna, jako że nie w naszym to obyczaju. Po stronie sprawiedliwości trwać będę wierząc, że nie ma nic droższego nad postępki uczciwe i drugich poszanowanie. Ubogich wspierać będę, wszak nie wszyscy z jednakim szczęściem na świat się rodzą...
Tak to powiedziałam stojąc po raz  pierwszy z podniesioną głową, wyprostowana, wyniosła i zdecydowana. Tak to powiedziałam i dalszą część jeszcze, a przecież nikt mnie nie uczył, ani żadnych wskazówek nie dawał. Skąd to się wzięło? Z tej siły, co to na przekór pedagogom wydobyłam z siebie, z tej zuchwałości, którą na jedną szalę z wściekłością za los mój parszywy rzuciłam. Dziś wiem, że ta odwaga wzięła się i z miłości mej do miasta najpiękniejszego, z przekonania, że trzeba coś wielkiego zrobić, z wiary, że mnie także docenią, że... cuda się zdarzają. Odtąd Sydonią mnie nazwali.
Tu wyjaśnić należy kim była owa piękność, która wciąż zajmuje historyków, inspiruje artystów, rozbudza wyobraźnię literatów. Skąd legenda, która wokół tego imienia narosła?
Sydonia von Bork urodziła się w 1548 roku w Strzmielach na Pomorzu, w słynnym, starym i znamienitym rodzie słowiańskim. Gdy podrosła, ojciec wysłał ją na dwór księcia Filipa I Gryfickiego w Wołogoszczy. Syn księcia Ernest Ludwik zakochał się w niej i złożył jej obietnice ślubu.
Dziewczyna odwzajemniała jego uczucie i cieszyła się, że wstąpi do panującego na Pomorzu rodu Gryfitów. Młody książę niestety nie dotrzymał obietnicy. Uległ namowom swoich krewnych, według których małżeństwo z Borkówną byłoby mezaliansem. Ożenił się z córką brunszwickiego księcia Zofią Jadwigą. Odrzucona i zraniona Sydonia opuściła zamek w Wołogoszczy nie chcąc być ani kochanką Ernesta, ani też dworką nowej pani. Przeklęła Gryfitów i ci uwierzyli, że to za jej sprawą, czy też z mocy jej czarów przytrafiło im się tyle nieszczęść (umierali przedwcześnie nie zostawiając męskiego potomka). Ponoć opuszczając ich gród zawołała:
- Pół wieku nie przeminie, a księstwo zachodniopomorskie przestanie istnieć!
Przepowiednia spełniła się. Wkrótce po śmierci Bogusława XIV, Brandenburczycy zawładnę-li Pomorzem. Oskarżono więc Sydonię o konszachty z czarownicą, diabłem, o rozmaite klątwy, czary i uroki, które powodowały nieszczęścia i plagi w Resku, Chociwlu, Szczecinie czy Stargardzie. Owe absurdalne zarzuty nasiliły się kiedy Sydonia zamieszkała w klasztorze w Marianowie i tam zajęła się ziołolecznictwem, czytaniem ksiąg, pisaniem listów. Te podejrzane zajęcia, którymi na ogół nie parały się w owych czasach  białogłowy, wzbudziły nie tyle zdumienie, co zawiść. Nic dziwnego, że znienawidzono ją, postawiono przed sądem, poddano  torturom, wreszcie ścięto, a ciało spalono na stosie w 1620 roku.
Interesująca historia, a i przedstawienie na niej oparte nadspodziewanie urzekło widzów.  Odtwórczyni głównej roli przyniosło radość i uznanie, a co najważniejsze, sympatię wielu osób, nawet takich,  które jej wcześniej nie doceniały. Zagrała z prawdziwym talentem.
- To dało mi wiarę w siebie. Zrozumiałam, że warto o swoje walczyć, że nie wolno się łatwo poddawać. Co prawda, maturę zdałam później niż mój rocznik, bo musiałam pójść do pracy, ale jakoś podołałam wyzwaniom. Pokazałam na co mnie stać. I od tej pory nie mówią na mnie inaczej niż Sydonia. Kiedy przyjechałam do Hamburga też tak zostało, tak samo jak i wiara w siebie. Niczego się nie bałam. W szorowaniu podłóg byłam wprawiona, bo przecież dworzec sprzątałam i klatki schodowe czyściłam uczennicą jeszcze będąc w moim Stargardzie. Pracy się nie bałam, tylko tego, że swych racji po niemiecku nie wypowiem, gdyby konieczność była. Nigdy przecież nie wiadomo na kogo się trafi i co nam zechcą zarzucić. Słabo mówiłam i to mnie zawstydzało. Dlatego wciąż się uczę, uporu mi nie brak. Po nocach słówka wkuwam, tak samo jak wówczas tę rolę,  która wcale nie była łatwa.
Swojego Ernesta poznała Sydonia w handlowym pasażu na Poppenbüttel w Hamburgu. Oboje od pierwszego wejrzenia coś miłego o sobie pomyśleli i aż przystanęli zażenowani, czy też zdziwieni. Po chwili zastanowienia, co w takich okolicznościach się zdarza, usiedli obok siebie w cukierni. Jeszcze nie przy wspólnym stoliku, ale już z otuchą, że coś nastąpi, że to przypadkowe spotkanie być może coś przyniesie.
On przyglądał się jej i czuła, że obudziła w nim nie tylko zainteresowanie, że go zaniepokoiła, jeśli nie zafascynowała.
- Bywa pani tu często? Robi tu pani zakupy? – zapytał.
- Jestem tu pierwszy raz. Nigdy w tej okolicy nie byłam, wolę centrum, ale dziś tu właśnie przyszłam.
Słuchał jej z uwagą i nawet nie spostrzegł, nie uświadomił sobie, że mówi inaczej, z akcentem wschodnim, z  tą melodyką,  która niekiedy go bawiła gdy uczył obcokrajowców.
- Dopiero poznaję Hamburg - tłumaczyła się, ale  zaraz spostrzegła, że niepotrzebnie wdała się w tę rozmowę i nawet chciała wstać i odejść. Ogarnęły ją obawy, zawstydziła się być może, bo poczuła rumieńce na policzkach. Najbardziej onieśmielała ją łagodność jego wejrzenia.
- A na jak długo pani przyjechała?
- Nie wiem, to nie ode mnie zależy - odpowiedziała po chwili i otworzyła torbę, by poszperać  w niej, uciec od jego pytań i wzroku. Nie dawał spokoju:
- Mógłbym wiedzieć skąd pani przyjechała? Jest pani studentką? Pozostanie pani w Hambur-gu na dłużej? – dopytywał.
Przytrzymała go wzrokiem, a on prawie błagał:
- Proszę, jeśli  można, proszę mi coś o sobie powiedzieć.
- Naturalnie, to nie tajemnica.
- A mogę dosiąść do pani stolika?
Roześmiała się, więc i on nie krył swojej radości.
- Pani mi się bardzo podoba, jestem pod ogromnym wrażeniem, nie spodziewałem się... Nie mogę wyjść z podziwu. Po prostu pani mnie... oczarowała - usprawiedliwiał się, jakby fakt ten był przewinieniem, jakby i jego samego zaskoczył i przeraził. Jeszcze bardziej zdziwił się historią, którą mu opowiedziała.
Przyjechała dla zarobku, do sprzątania i opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem, bo w Stargardzie mówili jej, że w  Niemczech nie trudno o pracę, a i płaca tam niezła. Opowiedziała mu co nieco tylko o kłopotach finansowych, o trudnościach jakich doświad-czyła, o niepokojach o matkę, o braciach, o nadziei, że nieco pieniędzy odłoży i im zawiezie.
- Pan i tak mnie nie zrozumie, bo musiałby zobaczyć nasz dom, a to przecież niemożliwe.
- Wszystko jest możliwe, bo pani jest czarodziejką...
Ktoś już jej coś takiego oświadczył. Tak było. Gdy zdała maturę na wieczorówce najlepiej ze wszystkich uczniów, to dyrektor szkoły pochwalił ją mówiąc: Oczarowała nas pani wiedzą. Niezwykłe osiągnięcie. Takie stopnie to u nas cud prawdziwy, rzecz niewyobrażalna, a znajomość historii  wprost  niebywała. Wtedy znów poczuła się Sydonią. Zapomniała, że jest Iwoną Krok, która sprząta supermarket za marne grosze, zajada się zupkami w proszku i marzy o tym, by dostać robotę w Hamburgu, Berlinie, czy Bremie choć na rok jeden, by podratować rodzinę.
Właściwie to tę fuchę załatwił jej Sebastian Krewa, którego matka od kilku lat pracuje po ludziach w Hamburgu.
- Ty mi pomóż przygotować się do matury z polskiego - prosił - a moja zgredka - tak właśnie powiedział - moja zgredka wynajdzie ci tam posadę i zakwaterowanie. Tylko oleju mi w łeb wlej, a o resztę się  nie martw - nalegał.
Dotrzymał obietnicy, bo zdał. Cudem jakimś błędów w pracy pisemnej nie porobił, a nawet udało mu się dowieść, że Dulskie, takie jak ta z komedii Zapolskiej, namnożyły  się ponad  przewidywania, gdyż proces transformacji własnościowej w naszym kraju ma ostatnimi czasy charakter tragifarsy.
Komisja egzaminacyjna nie ukrywała zdumienia, tym bardziej, że równie elokwentnie dowodził, iż Fortynbrasów nam dziś trzeba, nie Hamletów, jako że pora reform nastała. Mówił rzecz jasna o wierszu Zbigniewa Herberta.
Takim to trafem Iwona Krok, po części sukcesorka tego zwycięstwa, znalazła się w mieście nad Łabą. Tu spodobała się pani Krewie, a także nowym pracodawcom, którzy - jak to Niemcy - są początkowo nieufni i sceptyczni, a wobec obcokrajowców pozersko ugrzecznieni i zdystansowani.
Nie wszyscy. Ernest nauczyciel  gimnazjalny już po pierwszym spotkaniu z Iwoną uwierzył, że los się do niego uśmiechnął, że nareszcie spotkał tę wyśnioną i wymarzoną.
- Cud to prawdziwy żeś w końcu poznał kobietę godną twego usposobienia i umysłowości - oświadczyła jego matka, dama sędziwa, ale wciąż jeszcze wymagająca.
- A więc jest pani Polką? Przybyła pani ze Stargardu. Przeszła pani przez znoje, czyli wie o życiu więcej, niż niejeden filozof czy polityk. To atuty nie do zbicia - zawyrokowała.
Pani Krewa, matka Sebastiana, na wieść o zaręczynach Sylwii z Ernestem popłakała się, bo straciła nadzieję, że ta urocza dziewczyna będzie kiedyś jej synową.
- Ona by Sebastianka poprowadziła, wybiłaby mu z głowy te motory, co to drogie, niebez-pieczne i na dodatek kupione za moje ciężko zapracowane pieniądze. Ona dzielna, kategoryczna, oczytana, a  przy tym nasza, stargardzka, swojska. Która jej dorówna? Nie znam takiej, jak mi Bóg miły!
Teraz powiadają, że Krokówna to prawdziwa Sydonia, że męża znalazła jak należy i zapewne w majątek weszła taki, jakiemu żaden kryzys nie zagraża.
- Czarownica czy czarodziejka z niej? – zastanawiają się co niektórzy. Tak bowiem jest, że w miłość się często powątpiewa, zaś w czary i wróżby bezkrytycznie wierzy.
Kiedy po dwóch zaledwie miesiącach znajomości Iwona przyjechała z Ernestem do Stargardu  nie sądziła, że aż tak to miasto go zachwyci.
- Jest wspaniałe, bo ty stąd pochodzisz - powtarzał.
- Mógłbyś w nim zamieszkać?
- Jestem pewien, że tu zbuduję dom.
- A nauczysz się polskiego?
- Jakże inaczej!
Cieszył się i całował ją, gdy spacerowali parkowymi alejkami nad Iną. Opowiadała mu kolejny raz o pięknej pannie von Bork, której portrety obejrzeli w szczecińskim Muzeum Narodowym i w Archiwum w Strzmielach. On zaś zadziwił ją znajomością dziewiętnasto-wiecznego romansu o Sydonii autorstwa dawnego pastora stargardzkiego Johannesa Wilhel-ma Meinholda. Jego powieść została w roku 1849 przetłumaczona na angielski przez lady JaneWilde (matkę Oskara Wilde`a) i stała się popularna w Europie. Ernest twierdzi, że dzieje von Borków, pomorskiego rodu którego początki sięgają trzynastego wieku, a potomkowie żyją do dziś w Polsce i w Niemczech, to historia  polsko-niemieckich  powiązań rodzinnych, kulturowych, obyczajowych, a nawet politycznych. To ważna karta europejskiego dziedzic-twa narodów – powtarza - i klucz do poznania wielu zawiłości historii.
- Pokochałam go. Przyszło to niespodziewanie - wyznaje Iwona. Nie wierzyłam, że mogę być tak szczęśliwa, jeszcze szczęśliwsza niż wtedy, przed laty, gdy zagrałam Sydonię von Bork. Jestem zadowolona, bo mój ukochany znalazł tu  pracę lektora i konsultanta językowego, ma konkretne plany i projekty, a co najważniejsze - już grono małe przyjaciół. Bardzo dobrze czuje się zarówno w Szczecinie, jak i w Stargardzie. Jestem pewna, że się zadomowi. Właśnie urządzamy nasze wspólne mieszkanie. Nie w Szczecinie, z którym wiąże się zawodowo, lecz tu w Stargardzie. A w Hamburgu ? Tam należymy oboje do Deutsch Polnischen Gesellschaft, w którym przewodzi  taka wspaniała Aleksandra Jeszke-Zilmer. Nie myślałam, że tak niezwykłych ludzi poznam w Niemczech. Nie przypuszczałam, że tam tyle dobra mnie spotka...
- Miłość do mojego miasta trwa we mnie od dzieciństwa. Początkowo była oparciem i pociechą, bo miałam ulubione miejsca zabaw, takie w których mogłam ukryć się przed światem. Kiedy stąd wyjechałam, objawiała się tęsknotą, a teraz jest chlubą i ostoją. Tu przed laty przybyła z daleka moja babka z dobytkiem w węzełku i nadzieją że Opatrzność jej nie opuści. Tu spotkali się moi rodzice, a ja tak szybko nauczyłam się życia, poznałam jego cienie, ale także i blaski. Tutejsza rzeczywistość mnie ukształtowała, bo przecież jest się takim, jak miejsce w którym się jest. Zofia Nałkowska miała rację. A to miejsce ma tajemnice, legendy, przeszłość i – co najważniejsze - przyszłość. Jakże przy tym zmienia się, pięknieje, ma już wyższą uczelnię, Stargardinum, która daje szanse młodym, jest filia Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu. Można tu wiele zdziałać, jeśli chęci są i wiara...
- Nie chcę więcej wyjawiać, bo powiadają, że planów nie należy zapeszać zbytnią gadaniną.
Uśmiecha się i rzeczywiście przypomina Sydonię o długich jasnych włosach, taką jak ta na obrazie współczesnego warszawskiego artysty Witolda Popiela.

Autorka Sława Ratajczak

 


Komentarze użytkownika Polecane Drukuj Wyślij znajomemu Czytaj więcej
PDF
Wpisany przez Slawa Ratajczak   
Środa, 16 Grudzień 2009 14:19
 
WebKongres
Ulti Clocks content

Wtorek
07
Wrzesień 2010
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama